Back to school book tag

Back to school book tag

Mamy już połowę września, ale dopiero co się ogarnęłam na tyle, żeby wciąż pisać bloga i znaleźć na to czas.

Zatem nie przedłużając czas na Back to school book tag!

• Języki – ulubiony styl (autora albo występujący w konkretnej książce)

Nigdy nie znudziła mnie swoim stylem Colleen Hoover. Przy każdej książce musiałam dojść do ostatniej strony, żeby wyjść w ogóle z tego świata. Zawsze ciężko było się oderwać.

• Matematyka – książka, która cie frustrowała/irytowała

Irytowała, frustrowała i nudziła mnie na przemian – Dziewczyna z pociągu. Do tej pory nie rozumiem fenomenu tej książki.

• Przedmioty ścisłe – książka, która nakłoniła cię do przemyśleń

Każda książka skłania mnie do przemyśleń na przeróżne tematy. Czasem głębokie, a czasem takie zwyczajne. Jednak do najgłębszych przemyśleń chyba skłoniła mnie książka „Jeśli zimową nocą podróżny”, mimo że czytałam ją dość dawno i niewiele już z niej pamiętam to wciąż czuję że była to „mocna” książka i wywarła na mnie ogromny wpływ.

• Nauki Społeczne – ulubiona książka z innej epoki lub do niej nawiązująca

Szekspir – Romeo i Julia- Zachwyca mnie ta książka pod względem emocji, które wylewają się i pozwalają nam poczuć jakbyśmy byli częścią tego dramatu, który się właśnie rozgrywa.

• Plastyka – ulubiona książka z obrazkami

Wielki ogarniacz życia” – za właśnie cudowne obrazki i poprawę humoru!

• Zajęcia teatralne – książka, której chciałabyś/chciałbyś zobaczyć ekranizacje

Mega chciałabym zobaczyć ekranizację kolejnej książki Johna Greena – „Szukając Alaski”. Mam przed oczami ten film i widzę jaki byłby cudowny. Może nawet lepszy niż „Papierowe miasta”, które mogłabym obejrzeć jeszcze z milion razy <3

• Lunch – jedzenie z książki, którego chciałbyś spróbować

Oczywiście bułeczek cynamonowych od Avy Lavender <3 Do tej pory gdy myślę o tej książce wyobrażam sobie ten pyszny smak!

• Powrót do domu – książka (bądź autor), która/y działa na Ciebie relaksująco/uspokajająco

Właściwie nie wiem… Chyba John Green mógłby być takim autorem.

„Czekając na Godota” – co myślę o tej książce?

„Czekając na Godota”

Jeny… Mocno poruszyła mnie książka „Czekając na Godota” prawdę mówiąc. Przede wszystkim dlatego, że można na nią spojrzeć tak jak ludzie patrzą na życie często

Rutyna życia i czekanie na „lepsze jutro”

To charakteryzuje dwóch głównych bohaterów. Codziennie robią to samo i liczą, że w końcu coś się zmieni.

I tak się zastanawiam, czy to nie takie dość prawdziwe – obie postawy bohaterów są różne, ale pokazują ten sam efekt – czyli brak jakiegokolwiek działania czy efektu.

Estragon – to bohater, który non stop powtarza co powinien zrobić, żeby było lepiej i marudzi, ale ostatecznie jest „uwięziony” przy swoim najlepszym przyjacielu. Często zapomina wszystko, co się działo ponieważ wszystko zaczyna mu się zlewać w jedno i nie ma czasu. Nie do końca rozumie na co czekają, ale nie może odejść od przyjaciela, ponieważ nie jest zdolny do samotnego życia

Vladimir – natomiast jest bohaterem, który pomaga swojemu przyjacielowi i jest dla niego troszkę jak ojciec. Vladimir bardzo mocno wierzy, że kiedyś w końcu przyjdzie Godot i będzie lepiej, będą mieli lepsze życie. Jest tak zaślepiony tą wiarą, że mimo iż kojarzy mijające dni i ludzi, których spotkali to wciąż tylko czeka i czuje że nie wolno mu zrobić nic innego

Codziennie to samo. W pewnym momencie to wszystko przestaje mieć znaczenie i zaczynasz się pytać „po co my tu czekamy” , ale przecież teraz już nie można się poddać?

Myślę, że „Czekając na Godota” to dobra książka, bo pozwala sporo przemyśleć i mimo że w Wikipedii pisze, że należy do teatru absurdu to nie jest wcale taka absurdalna.

Po za tym spodobał mi się z niej bardzo jeden cytat:

POZZO: Sam bym z radością go spotkał. Im więcej spotykam ludzi, tym czuję się szczęśliwszy. Najmarniejsza istota uczy nas czegoś, wzbogaca, pozwala lepiej smakować własne szczęście. Nawet i pan… (patrzy uważnie to na jednego, to na drugiego, żeby dać im do zrozumienia, że obu ma na myśli) nawet i pan, kto wie, może mi coś dał.

O innych książkach poczytacie tu – http://zyciewksiazkach.pl/category/kultura/

Zakupy to zło.

Zakupy to zło.

Wchodzisz do centrum handlowego. Jesteś już po długiej trasie, która mogła pomóc zastanowić się co dokładnie przydałoby się kupić. Chociaż i tak teoretycznie jedziesz po jedną, konkretną rzecz.

Wchodzisz przez wielkie drzwi. I widzisz. Istny labirynt sklepów. Mieszankę zapachów, świateł i muzyki.

Cały czas powtarzasz w głowie po co tu przyszłaś. Próbujesz nie dać skusić się niczemu innemu.

Wybierasz sklep. Krążysz po nim, bo to po co przyszłaś oczywiście nie jest na wierzchu…

Patrzysz na cenę.

Załamujesz się.

Szukasz półek z promocjami.

Zaczynasz myśleć jaka szkoda, że musisz coś kupić i jakie to głupie.

Myślisz o ludziach, którzy umierają z głodu w fabrykach. 

O tym, że musisz znaleźć na to wszystko miejsce w szafie.

Wchodzisz tak do kilku sklepów.

Kuszą cię zapachami, znakami promocyjnymi i wszystkim co się da.

Starasz się nie patrzeć na nic innego.

I w którymś sklepie w końcu znajdujesz to, co potrzebujesz.

Płacisz.

I wychodzisz.

A później znów to samo.

Zakupy to zło.

Położyłam się na kanapie

Położyłam się na kanapie

Z pilotem w ręku i pustym umysłem

Odpocząć chciałam

Od życia, od wszystkiego do czego powinno się dojść

Po prostu usiąść chciałam i nie myśleć

Nie dojść już nigdzie

i nic nie robić

Podobało mi się

Było cudownie

Aż się obudziłam ze snu

W którym dowiedziałam się

Co powinnam robić

I okazało się

Że jestem przyklejona.

Inny wiersz znajdziecie tu -> http://zyciewksiazkach.pl/swiatowy-dzien-poezji/

Wściekły pisarz cz.3

Wściekły pisarz cz. 3 to opowiadania o często zdenerwowanym pisarzu. Żeby wiedzieć o co chodzi najpierw należy przeczytać cz.1 i cz.2

Jeny, czemu ty Andrzej zawsze wpakujesz się w jakiś szajs? Nie możesz normalnie siedzieć w domu, pić whiskey i pisać powieści?! Przecież udawało ci się przez ostatnie dwa lata i nawet pieniądze jakieś były… Czy naprawdę musiałeś wszystko spaprać?! – mówił sam do siebie siedząc w pustym pokoju. Siedział tu już od miesiąca i wiedział co go czeka i kiedy. Ale jego twórczy mózg zaczął się w końcu nudzić, bo ile można siedzieć w jednym miejscu…

– Dzień dobry, pani szefowo! – Powiedział z ogromnym uśmiechem na twarzy.

– Dobry, dobry. Chcesz wiedzieć co dziś robimy?

– Oczywiście!

– Wyjdziesz z tego domu. Jedziesz ze mną i pomożesz mi wybrać sukienkę. Cieszysz się?

– Ależ oczywiście, proszę pani. Miło, że ufa mi pani na tyle byśmy mogli razem wyjść.

I to była jego okazja. Nie mógł jej nie wykorzystać. Musiał uciec.

— 5 godzin później —-

Udało ci się uciec, geniuszu! Gdzie teraz się podziejesz?! – znów gadał sam ze sobą. Szedł przed siebie. Bał się co może się stać jak się zatrzyma, bądź odwróci. Jego ucieczka była najprostsza na świecie. Powiedział, że idzie do łazienki i wyszedł. A potem wsiadł w autobus i wysiadł na końcu, potem do pociągu, aż w końcu jest gdzieś tak daleko że nikt by go tu nie szukał i idzie przed siebie. Jest pełen lęku, bo przecież nie ma nic ze sobą. Nie wie do kogo może się zgłosić po pomoc, bo przecież większość z nich myśli że jest martwy i narobił by im niezłego bajzlu w głowie jakby powiedział co się stało…

Książki i minimalizm – czy to może się łączyć?

Czy ktoś, kto kocha książki może być minimalistą? 

Książki i minimalizm – czy to w jakikolwiek sposób może się łączyć? Przecież, jeśli się czyta to się książki kupuje i ma się ich pełne półki. Zresztą co to za pokój bez książek?! Każdy mądry człowiek musi mieć jakieś książki na półce. Co z tego, że często nie jest to literatura wysokich lotów i nawet nam samym się nie podobała – przecież jest dowód, że czytamy. Jest się czym pochwalić. Po za tym co niby zrobić z tymi wszystkimi książkami do których nikt nigdy nie zajrzy – słowników, albumów, atlasów… wyrzucić? Jaki bezduszny człowiek mógłby wyrzucić książki!!!

Jeśli któraś z tych myśli należy do was to proszę zaparzyć meliskę, żebyście nie dostali zbyt wielkiego szoku i czytać dalej. 

Zanim dowiedziałam się w ogóle czegoś więcej o minimaliźmie to książki były dla mnie jak dzieci. Chciałam się wszystkimi zająć, zaopiekować. Myślałam, że im więcej będę mieć książek, tym więcej uda mi się ich przeczytać. Chociaż posiadałam nieograniczony dostęp do książek na Legimi to i tak za każdym razem, gdy tylko mijałam Empik znajdywałam pozycję, którą wręcz musiałam mieć.

Miałam w pokoju duży regał prawie że do sufitu zapełniony książkami i dwa mniejsze. Książki układałam tak, żeby tylko się mieściły i sądziłam, że super mieć dużo książek.

Aż w końcu przeczytałam e-booka „Minimalizm daje radość”. I uświadomiłam sobie, że przede wszystkim książki zajmują mi za dużo miejsca. Potem starałam się je policzyć i powycierać z kurzu – co sprawiło, że dowiedziałam się, że większość tych książek trzymam zupełnie nie potrzebnie. Także, że nawet jeśli miałabym je traktować jak dzieci to 90% z nich jest porzucona i nigdy nie znajdę czasu by się nimi zająć. I kolejna sprawa, że trzymając te wszystkie książki staram się pokazać nawet samej sobie, że jestem mądra. Niestety oznaczało to, że tak naprawdę nie mam poczucia, że jestem mądra.

I zrozumiałam. Nic dobrego nie ma w posiadaniu książek, jeśli nie służą one do czytania. Przecież po to zostały stworzone. Książki to nie dzieci. To rzeczy. Ale jak to rzeczy lubią być używane, więc powinno się trzymać tylko dwa rodzaje książek:

  • przeczytam w ciągu roku
  • i te, do których regularnie się wraca

Miłość do książek to nie powinna być miłość do przedmiotów, a do czytania i treści, która jest w nich zawarta.

 

Czy każdy bloger musi przeczytać książkę Jasona Hunta „Bloger i social media”?

Odpowiedź na pytanie w tytule brzmi: Nie, nie musi przeczytać książki „Bloger i social media” Jason Hunt .Nikt nie zmusi przecież nikogo siłą, żeby przeczytał. Zresztą po prostu bloger nie potrzebuje tych porad. Za to każdy, kto chce być dobrym blogerem powinien. 

„Bloger i social media”  to książka, która daje nam mnóstwo rad odnośnie wszystkiego, co chcielibyśmy wiedzieć o blogowaniu. Od podstaw. Dowiadujemy się jak założyć bloga, co jest nam potrzebne i co powinniśmy robić jako blogerzy. Wiele pierwszych rozdziałów jest lekko oczywistych dla kogoś, kto już bloguje. Powiem wam, że osobiście czytałam tę książkę drugi raz i niektóre po prostu pominęłam, bo już mam bloga.

Ale później dowiadujemy się mnóstwa ważnych rzeczy dla każdego, kto nie jest jeszcze w pierwszej setce (?) najsławniejszych blogerów w Polsce. I naprawdę warto mieć te książkę przy sobie i zaglądać do niej co jakiś czas. Odpowie na każde pytanie jakie możemy mieć odnośnie blogowania.

Właściwie ta książka sprawiła właśnie, że staram się codziennie naskrobać do was chociaż tę paręset słów, żeby było jak najwięcej nowych tekstów. Zmieniłam też szablon bloga, by był taki, gdzie na samej górze są kategorie i od razu można kliknąć w parę najnowszych tekstów.

Fajnie też, że jest w tej książce część odnośnie social mediów. Co prawda jest to w dość dużym skrócie, ale na szczęście mam też książkę „Social Media Start”. Myślę jednak, że na początek to, co w książce „Bloger i social media” jest wystarczające. Porad i tak jest tyle, że trochę zajmie nam wcielenie ich w życie.

Podsumowując – tę książkę powinien przeczytać każdy, kto chciałby zostać dobrym, a może nawet świetnym blogerem. Czy ta książka sprawi, że będzie się zarabiać miliony, gdy wyjdzie się z domu to ludzie będą prosić o autografy i lodówki będą pełne ekskluzywnego jedzenia, które dobrze będzie wyglądać na instagramie? Nie wiem, póki co staram się zastosować do porad, które w niej są, więc jakby coś takiego się wydarzyło to na bank was powiadomię o tym 😉

5 sposobów, by zwolnić.

Nadchodzi taki czas, że nie mamy już ochoty na wszystko, co dzieje się dookoła. Czujemy się tym wszystkim przytłoczeni i mamy wrażenie, że życie przecieka nam przez palce. W takich wypadkach mamy tylko dwa wyjścia: albo zrobić coś, co oderwie nas od rzeczywistości albo zacząć ją celebrować – zwolnić.

Ale niby jak zwolnić, kiedy świat tak pędzi i to non stop? 

Nie mówię, że mamy nagle usiąść i gapić się parę godzin w sufit unikając kompletnie bodźców i skupiając się na tym jak piękna jest ta „chwila”. To dość radykalne rozwiązanie, chociaż jeśli ktoś z was takiego potrzebuje to przecież nic nie stoi na przeszkodzie.

Ale ja mówię o tym by lekko zwolnić. Mam dla was aż 5 sposobów, by zwolnić. Może to dużo, a może nie. Na pewno wystarczy, aby na chwilę oderwać się od pędu życia. 

To zaczynamy. Po pierwsze – kawa. Znaczy się nie musicie pić kawy, jeśli nie lubicie. Możecie to zmienić na herbatę, lub sok, albo cokolwiek innego. Ale chodzi o to, że smak porannej kawy często bywa najlepszym smakiem jaki można sobie wyobrazić – tylko że trzeba go czuć! Ile razy rano łykaliście kawę w pośpiechu nie zwracając zupełnie uwagi na jej smak? Może czas pomyśleć o tym, czy wiemy jak smakuje poranna kawa? Przecież dużo milej będzie jeśli wypijemy ją siedząc i może np. czytając gazetę, albo blogi, a nie biegając po mieszkaniu w poszukiwaniu wszystkiego co akurat jest nam potrzebne i gdzieś się zapodziało?

Następny punkt jest dość związany z pierwszym, bo chodzi o nasze poranki. O to, by nastawiać budzik tak, żeby móc spędzić parę minut na patrzenie w okno, a kolejne na przygotowanie do dnia nie tylko rzeczy, ale pozytywnego nastawienia poprzez np posłuchanie ulubionej piosenki, albo nawet przejście się na krótki spacer.

Punkt nr 3 – Spróbuj się skupić na chwili. Oglądasz telewizję? Nie zerkaj jednym okiem, tylko wejdź w ten świat. Poczuj się tak jak w kinie, gdzie nie wypada przy oglądaniu filmu siedzieć na telefonie, czy rozmawiać. Jeśli jesz – myśl o tym, co jesz i skupiaj się na smaku potraw. Angażuj się w różne czynności całkowicie, a nie tylko jakąś częścią siebie.

4. Zafunduj sobie relaks wieczorem. Znajdź chociaż te 30 minut przed snem, żeby się wyciszyć – bez telefonów i innych rozpraszaczy. Jeśli nie jesteś w stanie sprawić żeby to było 30 min to może być nawet 15, ale daj sobie troszkę czasu by pomyśleć, poanalizować albo pomedytować. Po prostu by skupić się na tym, co jest w środku, a nie co nas otacza.

5. Rób coś na zewnątrz. Nawet jeśli masz jakieś ważne zajęcie to możesz zabrać je na dwór i sprawić, że będzie zupełnie inaczej to wyglądało. Będziesz móc rozkoszować się śpiewem ptaków i promieniami słońca. Brzmi banalnie, ale często właśnie te najprostsze rady są najlepsze.

Krótki przewodnik po minimaliźmie

Na czym polega minimalizm? 

Jasne, o minimaliźmie można powiedzieć dużo i większość przecież już powiedziano. Bez sensu się więc rozwlekać, bo kopiowanie tego wszystkiego jest kompletnie bez sensu i zmarnowałoby czas wam i mi również. Nie mam ochoty lać wody na ten temat.

Minimalizm = mniej.

Na czym polega minimalizm?

Takie równanie bez komplikacji na dzisiejszy post nam wystarczy. Jak chcecie więcej to można kliknąć tu.

To powiesz w końcu „Na czym polega minimalizm?”

A no coś tam powiem. Ale główna myśl jest taka, że jeśli repektujecie myśl z obrazka to minimalizm może polegać na czym tylko chcecie. Możecie zamieszkać na kilku metrach kwadratowych i ubierać się w worek na ziemniaki, albo możecie mieć garderobę składającą się z ubrań na każdy dzień roku (pod warunkiem, że faktycznie wszystkie nosicie!). Tak w kilku słowach: MINIMALIZM NA NICZYM NIE POLEGA. JEST TYM CZYM CHCECIE ŻEBY BYŁ.

Ale no jeżeli potrzebujecie wiedzieć coś więcej to dobra, zlituję się nad wami i napiszę wam tę parę rad, żeby chociaż troszkę poczuć się minimalistą, albo choćby fanatykiem minimalizmu.

Na czym polega minimalizm ubraniowy…

Na tym, że mamy ciuchy, które nosimy. Lubimy nosić i nie chcemy wymieniać szafy za każdym razem, gdy przychodzi pora wyprzedaży sezonowych.

Pamiętamy też o zasadzie, że za jedną kupioną rzecz musimy wyrzucić jakąś inną, więc jeśli kochamy wszystkie nasze ubranka i każde pasuje do każdego to będzie nam bardziej szkoda wyrzucić niż nie kupić.

A co z minimalizmem w mieszkaniach? 

Prosty przepis na mieszkanko.

  1. Wywal wszystkie papiery. Możesz zostawić jeden zeszyt do ogarniania życia. Te, których nie powinno się wywalać po prostu zeskanuj na komputer i zapisz na jakimś dysku.
  2. Im mniej mebli tym lepiej. Daj oddychać przestrzeni.
  3. Książki są już niemodne. Kup czytnik i nie daj im zbierać kurzu. Książki kochają ale tylko jak są czytane a nie czytasz 500 książek naraz i na okrągło.
  4. Naprawdę nie pamiętasz że byłaś na tych wakacjach? Serio musisz trzymać tą brzydką figurkę?!
  5. Nikt nie ogląda już DVD! Przecież mamy Netflix!
  6. O tu jest ta niewidziana od 10 lat figurka! Na bank się wkrótce przyda…

A i nie zapominajmy o minimaliźmie w komputerze…

Teraz zrób rachunek sumienia:

Pobrane. Kasujesz. Wszystko. Co. Nigdy. Ci. Się. Nie. Przyda.

Zdjęcia – wybierz kilka z jednego wydarzenia. Fotografia powinna być sztuką, a masówka to słaba sztuka.

Muzyka – Naprawdę sprawdź czy słuchasz tego co tam jest. Niektóre kawałki się nie starzeją, ale większość z nich po roku już jest za słaba by jej słuchać.

No i na deser przejrzyj swoje zakładki i portale społecznościowe.

Od razu mówię z zakładek możesz tak naprawdę usunąć wszystko. Jeśli nie było ci do tego czasu potrzebne to naprawdę myślicie, że jutro albo za tydzień będziecie musieli to mieć pod ręką?

I to w sumie takie najprostsze zasady.

Po za tym „Róbta co chceta”

Facebook zniszczył nasze życia

Facebook zniszczył nasze życia.

Facebooka poznałam i założyłam mając już dziesięć lat. Bardzo szybko, ale właściwie wtedy na nim nie było niczego co mogłoby być „niebezpieczne” i miał służyć mi głównie do pogrania w gry. Bardzo lubiłam podkradać komputer mamie i na jej Facebooku grać, więc w końcu pozwoliła mi na swojego. Nie mam do niej o to pretensji, bo przecież wiem, że prędzej czy później bym miała Facebooka. Nie chodzi o to, że jestem przeciwniczką tego portalu, nowinek technologicznych i ogólnie wszystkiego co związane z mediami społecznościowymi. Wręcz przeciwnie bardzo doceniam ile możliwości daje nam to, że żyjemy w takich a nie innych czasach. Uwielbiam to, że mogę dwoma kliknięciami pochwalić się najnowszą książką, czy pokazać gdzie spędzam wakacje.

Nie zmienia to jednak faktu, że Facebook zniszczył nasze życia. I to całkiem porządnie. Nie ma co się oszukiwać.

Na pierwszy plan wysuńmy to, co zawsze jest zarzucone Facebookowi. Za każdym razem i od każdego. Od starych pań w oknie „ach te dzieci kiedyś na podwórku ganiały, a teraz to tylko na tych Facebookach siedzą” po każdego, kto chciałby z kimś porozmawiać w cztery oczy „ech, lepsze czasy byłyby jakby nie istniał Facebook, nie da się z nikim pogadać”. Jest to też zarzucone Facebookowi przez psychologów i innych całkiem mądrych ludzi. Ale co to takiego?

Coraz słabsze dbanie o kontakty towarzyskie.

Facebook zaspokaja potrzebę „towarzyskości” i dlatego nie czujemy, że musimy się z kimś spotkać. Po co skoro możemy bez wysiłku opowiedzieć tę samą historię na Fejsie? A później nawet jak się spotkamy to o czym tu porozmawiać i co razem robić. Albo mówimy to, czego normalnie nie powiedzielibyśmy w twarz.

Kolejna wada Facebooka to presja społeczna. Aby go mieć, aby mieć lepsze zdjęcia, aby być lepszym od znajomych. Żeby nasze wakacje były bardziej kolorowe, a nasze samochody bardziej wypasione.

Generalnie, by na zdjęciach wszystko wyglądało lepiej niż u kogoś. Nawet jeśli wydaje nam się, że nie działa to na nas zupełnie to wewnętrznie zawsze odczuwa się lekką zazdrość i chciałoby się mieć takie życie jak ktoś inny.

Po za tym jest też ta sprawa, że Facebook strasznie pochłania czas i jest tak zrobiony, żeby łatwo było na niego wejść a ciężko wyjść. Dlatego często jak rano wejdziemy na Fejsa to później przeglądamy go pięćset razy dziennie. Nasza efektywność zdecydowanie spada, bo część naszego mózgu jest zaangażowana w to, co dzieje się w wirtualnym świecie.

Nie możemy żyć slow.

Bo siedzenie na Facebooku sprowadza się do tego, że zapominamy jaki smak ma poranna kawa, albo czy cokolwiek jedliśmy na śniadanko. Nie wiemy czy rano w autobusie nie toczyła się rozmowa, która sprawiłaby, że nasze życie na zawsze by się zmieniło.

Także niestety Facebook w pewnym sensie niszczy nasze życia. Tylko może jest to warte poświęcenia?

„Ogarnij się” – recenzja książki autorki „Magii Olewania”

Ogarnij się to książka napisana przez tą samą autorkę, która napisała bardzo głośną „Magię Olewania”. Nie czytałam jej pierwszej książki, bo nie przemówił do mnie ani tytuł, ani liczne pozytywne recenzje, ale „Ogarnij się” wiedziałam, że będzie dla mnie świetną książką. 

Ogarnij się jest świetne, ponieważ jest dla każdego. Każdego, kto choć trochę chce zapanować nad swoim życiem, a czuje że nie ma do końca wszystkiego pod kontrolą. To książka dla zwykłych ludzi, którzy zapominają o wizytach u lekarza, którzy przypalają makaron z serem i sprawdzają w internecie jak umyć piekarnik.

I na szczęście książka „Ogarnij się” nie próbuje sprawić, że będziemy idealni jak z instagrama czy kolorowej okładki.

Po prostu sprawia, że będziemy potrafili wybierać to, co ważne i to robić. Że nie będziemy ciepłą kluchą, która leży na kanapie i zastanawia się czy plama na bluzce od majonezu to najwięcej na co ją stać tego dnia. Powoli pokaże jak zebrać się do kupy i powolutku dokonywać rzeczy, które dla nas mogłyby wydawać się nie możliwe. Oszczędzić trochę grosza? Żaden problem! Wystarczy, że się ogarniesz! Pojechać na wymarzone wakacje? Nie ma problemu! Znaleźć pracę marzeń? Jak można chodzić do jakiejkolwiek innej?! To nie jest książka o osiąganiu niemożliwych i mówieniu jak to bardzo mądrze podążać za marzeniami.

To książka o zbieraniu się do kupy z mnóstwem wskazówek jak tego dokonać.

Czy osobiście się ogarnęłam dzięki tej książce?

Powiem wam, że na pewno się staram a to już coś. Teraz na przykład myślę, że podjęłam jedną z ważniejszych decyzji, bo jest już późno, jestem zmęczona i właściwie mogłabym już smacznie spać – ale większy priorytet zdecydowanie dziś ma blog. Być może się nie wyśpię, a żeby dopiąć wszystko tak jakbym chciała pójdę spać o jakiejś nietypowej godzinie, ale tego właśnie chcę. Znaczy nie zmęczenia tylko pisania. Blogowanie jest dla mnie ważne i jeśli nie znalazłabym dla nie czasu to troszkę tak jakbym w żaden sposób dziś nie zbliżyła się do żadnego z celów. To jest może dość dziwne pokazanie, że jednak coś z tej książki we mnie zostało. Że w jakiś sposób faktycznie się ogarnęłam!

W dodatku myślę, że na pewno postaram się niedługo przeczytać ponownie tą książkę, by wyłapać najważniejsze porady i zapisać je sobie w jakimś widocznym miejscu, ponieważ czuję, że jednak to wszystko jest bardzo istotne. Zatem nie pozostaje mi nic innego jak powiedzieć Ci: Ogarnij się!

Opowiadanie – wściekły pisarz cz.2

Opowiadanie – wściekły pisarz to opowiadanie o problemach, przemyśleniach i życiowych sprawach pisarza, który często się denerwuje, nie szczędzi niecenzuralnego słownictwa i nie potrafi powstrzymać się od alkoholu.

Aby cokolwiek zrozumieć musisz przeczytać najpierw część 1

– Co tu się dzieje do kurwy nędzy?! – krzyknął tak głośno, że mogliby usłyszeć go dwa miasta dalej, a co dopiero pokój obok. Po kilku minutach weszła do pokoju dość ładna, na oko dwudziestodwuletnia blondynka w białej sukience z niesamowitym uśmiechem na twarzy.

– Dzień dobry, panie Andrzeju. – Powiedziała tak spokojnym głosem jakim przedszkolanki mówią do swoich podopiecznych. Jej ton głosu sprawiał, że pisarz tracił wyczucie i nagle przestał być zdenerwowany i przestraszony. Czuł się bezpieczny mimo że wiedział, że to tylko złudzenie.

– Dzień dobry miłej pani. – Powiedział, całując ją po rękach. – Zechciałaby mi pani powiedzieć, co ja tu robię?

– Miał pan groźny wypadek. Wylądował w szpitalu na pół roku, jednak po tym czasie szukali panu miejsca. Jest pan tu bezpieczny, nie ma co się martwić.

– Dlaczego mnie pani adoptowała? Jestem dorosły.

– Prawnie to pana porwałam, ale nie ma co martwić się szczegółami.

Andrzej był okropnie przerażony. Porwać dorosłego mężczyznę? Jak miała dokonać tego tak drobna panienka? Musiała mieć jakieś towarzystwo, a to oznacza, że ktoś z kim się kłóciła to prawdopodobnie mężczyzna i nie będzie do mnie przyjaźnie nastawiony. Jak na zawołanie wszedł. Mężczyzna, lat ponad pięćdziesiąt, lekka broda i mięśnie jak u kulturysty. Stylówka na punka. Nie był to na pewno nikt z przyjaźnie nastawionych ludzi. Jego wzrok patrzył z lekką pogardą na otaczający go świat. Był „ponad tym”. Mówił lekko zachrypniętym głosem, niczym demon z gry.

– Dzień dobry. Jak się mamy?

Pytanie to ewidentnie nie było z troski, aczkolwiek coś sprawiało, że jeszcze mnie nie zabił.

– Daj spokój, Edward. Ma się dobrze. Będzie grzecznym pupilkiem i pomoże ci w interesie.

– Mogliśmy adoptować pieska, ale kobieta jak zwykle wymyśli jakiś niedorzeczny pomysł.

– Piesek wymaga za dużo zachodu, a on będzie nam jeszcze pomagał.

– Y.. Przepraszam, że się wtrącam, ale mogę wiedzieć o co chodzi? Co ja tu robię i na jakim prawie w ogóle tu jestem?!

– Później ci wszystko wytłumaczę. – Odezwała się pani domu.

Pan domu machnął rękoma i postanowił, że nie będzie się wtrącać. Chciała to ma. Niech się bawi. On musiał zająć się własnymi interesami. Nie chciał przeszkadzać swojej małżonce w jej „projektach”, które prowadziła maksymalnie pół roku. Akceptował wszystko, co nie narażało jego statusu wśród współpracowników. Nie byli to ludzie, którzy respektują prawo, ani którzy bawią się w jakieś legalne zarobki. Tylko, że uważali, że mają jakiś tam honor i nie są bandytami. Niestety nie była to do końca prawda, bo to, że ma się samemu czyste ręce nie oznacza że ktoś za nas nie wykonuje tej brudnej roboty.

– Teraz mi powiesz? – Powiedział wreszcie Andrzej.

–  Słuchaj, będziesz pod moją opieką. Tak naprawdę nie żyjesz, mój mąż cię wskrzesił, ale nie pytaj jak bo to wielka tajemnica. Jesteś moim pupilkiem. Robisz wszystko, co ci każę. Nic więcej i nic mniej. Jak coś nam się nie spodoba to albo ja cię wyrzucę na bruk, albo mój mąż wynajmie kogoś, kto się ciebie pozbędzie (i od razu mówię nie zrobi tego ani szybko, ani bezboleśnie. Póki co wszystko jasne?

– Mniej więcej.

Nie dla konsumpcji! Tylko dlaczego?

Krok w kierunku minimalizmu to krok przeciw konsumpcji.

Nie ma w tym zdaniu zupełnie nic nowego, dziwnego, czy zaskakującego. Minimaliści rzadko kupują i często mówią: Nie dla konsumpcji! Nie kupują byle czego. Gardzą wszechobecną komercjalizacją i konsumpcjonizmem. Nawet jeśli minimalista coś kupuje to często z drugiej ręki bądź tak, żeby mógł używać długo i nie musiał kupować więcej. Często też zwraca się uwagę na metki, bo nie wszystkie marki tworzą swoje stroje zgodnie z jakimikolwiek normami etycznymi. I to wszystko jest świetne.

Tylko co jeśli to niekoniecznie jest takie piękne?

Był dość ciepły, czerwcowy piątek. Ostatnia lekcja tego dnia i jedna z ostatnich w roku szkolnym. Nikt już za bardzo nie uważał, wszyscy beztrosko rozmawiali, patrzeli przez okno układając plany na wakacje, bądź robili cokolwiek byleby się nie uczyć. Pani od techniki puściła film. Uczniowie uwielbiają filmy tylko dlatego, że nie trzeba ich oglądać i się na nich skupiać. Jednak w tym filmie było coś, co nas poruszyło. Nie sądziłam, że ten film utknie we mnie na tak długo. Myśl, która idzie razem z nim trwa jeszcze dłużej. Chciałabym się od tego uwolnić, ale nie potrafię.

Film był o ubraniach, a właściwie o produkcji ubrań w znanych sieciówkach. Warunki pracy – okropne, pensje – głodowe, prace – ciężkie. I wykład pani. Bardzo w tonie minimalistycznym. By nie kupować tam, lub kupować jak najmniej. Tylko że w mojej głowie wybrzmiewały dość specyficzne myśli w stylu „a co jeśli…”. Gdyby uwolnienie od niewolniczej pracy milionów ludzi w krajach trzeciego świata było takie proste, to przecież już dawno razem zrobilibyśmy masowy bunt. My byśmy nie kupowali, a oni nie pracowali dopóki warunki nie będą odpowiednie.

Ale niestety mam podejrzenie co do tego jak naprawdę by to wyglądało… A mianowicie tak:

Nikt nie kupował by ubrań jednej z marek, które wykorzystują niewolniczą pracę ludzi. Marka miałaby to zupełnie gdzieś dopóki obroty nie spadłyby na tyle, że zaczęło by mieć to jakieś znaczenie. Potem firma by starała się zatuszować sprawę, zwolniła pracowników i zostawiła bez pieniędzy. Firma by znalazła wyjście by działać tak, żeby się nie wydało. Ci, którzy dostawali kiedyś głodowe pensje umarliby z głodu przez brak pracy i właściwie niewiele by się zmieniło po za poczuciem, że ktoś niby próbował coś zrobić…

I jak tu niby cokolwiek zmienić?

 

Plan rozwoju bloga na najbliższe kilka lat

Czytam „Bloger i social media” Jasona Hunta i stwierdziłam, że mój blog potrzebuje filozofii i że potrzebuję plan rozwoju bloga na najbliższe kilka lat, bo mam wrażenie, że stoję w miejscu. Piszę w różnych miejscach od tylu lat, że już nawet nie pamiętam ilu. Jasne, były to często bardzo dziwne teksty i nie miały sensu, ale jest mi wciąż przykro, że nikt nie czyta tego, co piszę. Statystyki wahają mi się od jednej do pięciu osób, które czytają jakiś wpis. Nie oszukując się – zaczynam mieć wrażenie, że albo ja nie mam talentu, albo coś jest nie tak z tym, co robię, aby się promować. Wnioski wyciągnięte, więc teraz czas coś z tym zrobić.

Co zamierzam?

Przede wszystkim – PISAĆ JAK NAJCZĘŚCIEJ. To zasada od której nie będzie ucieczki. Zaczynam od teraz i dopóki nie będę mieć tylu czytelników ilu bym chciała to nie ma dnia bez pisania. Chyba że będą naprawdę wyjątkowe sytuacje, ale nie zamierzam nawet nimi się usprawiedliwiać. Żadnych braków weny, czy chęci do pisania – po prostu będę pisać ile będzie się dało.

Kolejna sprawa to social media 

Social media to podstawa u każdego, kto chce coś działać w internecie. Troszkę olewałam je od zawsze. Wydawało mi się, że ludzie sami powinni wiedzieć, czy i kiedy chcą mnie czytać i będą zaglądać po nowe wpisy – myliłam się. Nie ma opcji nie bycia w kilku miejscach w internecie. Zatem na pewno fanpage i instagram będą aktywne. Czy coś jeszcze to nie wiem, wyjdzie w praniu. Prawdopodobnie oba portale będę aktualizować po kilka razy dziennie, żeby być „widoczna” w internecie.

Po za tym mam zamiar się stosować do strategii, które opisują wielcy blogerzy, by zdobyć popularność. Jeśli się uda to za rok będą pisać do mnie, bym reklamowała różne produkty i dzięki temu zarobię tyle, by wydać książkę. I będziecie mogli ją kupić. A następnymi krokami po kampaniach reklamowych i książkach będą zaproszenia do gazet na wywiady i do telewizji.

I jeśli pójdzie tak świetnie jak przewiduję to po dwóch latach stanę się najsławniejszą polską blogerką i dzięki moim czytelnikom będę mogła jeździć po całym świecie i robić to, co kocham – czyli pisać.

Brzmi to wszystko jak marzenie, ale wierzę, że jeśli ciężko na to zapracuje to będzie tak jak tu opisałam.

Tak właśnie wygląda plan rozwoju bloga na najbliższe kilka lat. 

Mój wakacyjny TBR – dam radę?

 

Mój wakacyjny TBR to głównie e-booki na legimi, które mam pobrane (dawno, albo całkiem nie dawno) i bardzo chciałabym je jak najszybciej przeczytać. Kolejność zupełnie przypadkowa, przypisanie do miesięcy też nie zbyt przemyślane, ale mam nadzieję, że uda mi się do września przeczytać każdą pozycję z tej listy. 

Mój wakacyjny TBR obejmuje:

W lipcu:

O NATURZE:

    • Kiszonki i fermentacje – Przepisy, które TRZEBA przetestować. Jako, że staram się być jak najbliżej natury to i zimą potrzebować będę różnych niekoniecznie dostępnych od ręki produktów – zatem trzeba przygotować zapasy.
    • Piękno pól i łąk – Z czego zrobić lekarstwo na gardło? Z czego krem? A jak zrobić ziołowe kąpiele? Postaram się poszukać w tej książce odpowiedzi na te pytania.
    • Sztuczki survivalowe – W razie zgubienia się w lesie, albo apokalipsy zombie wolę mieć w głowie parę sztuczek, aby być bardziej zaradna w ciężkich okolicznościach.
    • Zioła w leczeniu chorób cywilizacyjnych – Jest strasznie dużo chorób i lekarstw, ale co z tego jak większość z nich to ściema. Ziołami leczyli od tylu lat, czemu nam miałby nie wystarczyć?

INNE:

  • Życie jest fajne – Książka Katarzyny Miller, która powie o tym jak żyć, by było fajnie. Cokolwiek „fajnie” dla autorki oznacza.
  • LAGOM – Lagom (wymawiaj „laa-gom”) „nie za dużo, nie za mało, w sam raz”
  • DNA Stresu -Autor książek „Mentalizm” i „Manipulacja neuroperswazyjna”, tym razem sięga do najgłębszych warstw ludzkiej psychiki i mózgu, odkrywając przed czytelnikiem metody redukcji stresu w krytycznych sytuacjach prywatnych i zawodowych.
  • WISH – Jak spełnić marzenia? I co wtedy będzie się działo? Jakie są najpopularniejsze pragnienia?

W sierpniu:

    • Rozwojownik – Zależy Ci na tym, by Twoje życie przepełniały uważność, radość i szczęście?
      Szukasz inspiracji do własnego rozwoju?
      Pragniesz wprowadzić zmiany w swoim życiu i trzymać się ich konsekwentnie?
      Brakuje ci motywacji i pomysłu, jak to zrobić?
      Chcesz maksymalnie wykorzystywać każdy dzień?
      Ta książka jest właśnie dla Ciebie!
    • Ogarnij się – Jest książką dla tych wszystkich, którzy dążą do uporządkowania umysłowego rozgardiaszu – czyli takich spraw, jak praca zawodowa, finanse, kreatywność, związki i zdrowie. Pozwoli wyrwać się z kolein rutyny, aby wieść życie, jakiego pragniemy. Dzięki tej książce dowiesz się, jak obierać cele, jak je realizować wbrew drobnym trudnościom, a także poważnym przeszkodom, a potem – jak sobie wyobrażać i osiągać cele jeszcze większe, które być może dotąd nie wydawały ci się nawet możliwe. Pomoże ci przestać wchodzić sobie samemu w drogę – i to raz na zawsze. A na dodatek uwolnić się od rzeczy, które we własnym mniemaniu powinieneś robić, aby móc załatwić to, co naprawdę musi być zrobione i zająć się tym, co robić chcesz.
    • Sztuka planowania -Jak uprościć, zorganizować i wzbogacić swoje życie
      Planowanie to jeden z najskuteczniejszych sposobów na to, by uprościć i wzbogacić swoje życie. Najważniejszym elementem planowania jest układanie list!
      Sztuka planowania to praktyczny poradnik podpowiadający, jak najlepiej zorganizować codzienne życie (sprzątanie, przygotowywanie posiłków, zapraszanie gości na kolację, płacenie rachunków, kupowanie prezentów, pakowanie walizek na wyjazd itp.), tak aby znaleźć czas dla siebie.
      Autorka zachęca do prowadzenia własnego „notatnika z listami”, który pozwoli sprecyzować swoje upodobania i osiągnąć klarowność umysłu. Na podstawie licznych przykładów przedstawia praktyczne rady i wskazówki pozwalające opanować sztukę dobrego, wolnego od stresu życia.
      Dominique Loreau, autorka bestsellerowej Sztuki prostoty, mieszkająca od wielu lat w Japonii, przejęła styl życia nowej ojczyzny. Wyznacza go zasada: „Mniej znaczy więcej”, odnosząca się do wszystkich sfer życia – od materialnej po duchową.
    • Pokochaj swój dom
    • Zero waste – książka o tym jak żyć z mniejszą ilością śmieci

Opowiadanie – wściekły pisarz (część 1)

Opowiadanie – „Wściekły pisarz”

– Cholera! Znów to samo! Wstajesz, idziesz jeść i nagle budzisz się i już nie pamiętasz co się działo od śniadania do wstania z łóżka! OGARNIJ SIĘ, chcesz napisać w końcu tę sztukę, o której rozmawiasz od pół roku?! – Mówił Andrzej sam do siebie, przeglądając się w lustrze. Po czym jak zwykle zalał kawę i nalał sobie litrową szklankę whiskey, której zapas uzupełniał co dwa miesiące, aby w domu zawsze mieć pod ręką alkohol. Twierdził, że „sprzyja wenie twórczej”. Kawa była konieczna tak jak wyjście na balkon i zapalenie przed pracą dwóch papierosów. Czasem gdy bardziej się denerwował palił trzy, ale to tylko gdy musiał wyjść z domu.

Dziś był dzień pracy, więc mógł pójść od razu pracować, zamiast bawić się w mycie, ubieranie, nie picie i wszystko, co zazwyczaj trzeba zrobić, by nie wzbudzać podejrzeń wychodząc z domu. Dzień pracy wygląda zawsze tak samo: Po kawie i fajkach Andrzej leci do komputera i ma godzinę na obudzenie się, poprzeglądanie bzdur w internecie i wszystko co się robi, żeby nie pracować. Gdy siądzie do pisania nie może myśleć o tym, czy ktoś go nie oznaczył w nocy na memie z zabawnym kotem, albo czy ktoś wczoraj nie umarł na A7. Po dwóch godzinach jest czas na pracę. Wygląda dość nudno. Zaczyna się od sprawdzenia wcześniejszych tekstów i zdecydowaniu nad którym aktualnie trzeba najszybciej popracować.

Zazwyczaj najpilniejsze są teksty do krótkich ulotek, reklam i artykułów do pisemek, których nikt nie czyta. Potem czas na felietony, ostatnio pod pseudonimem Anonimowy Felietonista pisze w kilku różnych gazetach i nazywają go człowiekiem renesansu, gdyż zna się na wszystkim co akurat mu zaproponują od mody po politykę i ekonomię.

Gdy Andrzej dopnie bieżące sprawy przychodzi pora na śniadanie. Nigdy prawdopodobnie nie widzieliście tyle pizzy mrożonej ile ma on w lodówce. Te zakupy również stara się robić jak najrzadziej. Kupuje je tak, że jedzie na wycieczkę i wchodzi do każdego sklepu na swojej drodze i bierze wszystkie pizze, które są na stanie. Taka pizza jest bardzo wygodna, bo nie musi gotować, tylko włączyć piekarnik i go wyłączyć.

Dopiero po obiedzie jest czas na prace nad powieścią.

Ponieważ od rana towarzyszy Andrzejowi whiskey to wena twórcza jest u niego na wysokim poziomie, ale świadomość tego co pisze prawie zerowa. Pisarz tak bardzo boi się tej powieści, że postanowił, że dopiero gdy w strumieniach nieświadomości napisze 300 stron to sprawdzi co jest napisane. Czyli można powiedzieć, że nie zna on ani jednego słowa swojej książki.

„Gdy twoje oblicze łagodzi moje oblicze

to podatek od miłości ci wyliczę”

Dźwięki dobiegały z zewnątrz… Wyjrzał przez okno.

– Zamknij ryj! – krzyknął wkurzony Andrzej do chłopaka, który ewidentnie starał się odegrać romantyczną scenkę widzianą w jakimś filmie, bo stał pod balkonem dziewczyny z bukietem róż, gitarą i starał się śpiewać.

Chłopak wyglądał bardzo groźnie, gdy Andrzej przerwał mu piosenkę. Widać że się bardzo starał. Śpiewak zaczął wyjmować coś z róż i rzucił w balkon pisarza.

Całe mieszkanie ogarnął mrok, a po paru minutach rozległ się huk. Fala ognia ogarnęła lodówkę. Andrzeja zamroczyło, upadł na podłogę.

Andrzej obudził się na brudnym dywanie. Nie zdziwiło go, że nie pamiętał poprzedniego dnia, ale ten dywan. On na pewno nie był jego. Nigdy nie kupił by dywanu. Nienawidził ich nawet po pijaku. Trochę się przestraszył. Otworzył szeroko oczy. Pokój był w półmroku, ale nikogo nie było. Z oddali słyszał szepty. Nie był w stanie skupić się na tym co mówią, ale słyszał pojedyncze słowa i to niepokoiło go jeszcze bardziej.

„Gwałt”

„Śmierć”

„Bomba”

„Policja”

„Porwanie”

 

Chcę więcej – mimo że jestem minimalistką

Minimaliści też chcą więcej. Ja chcę więcej – mimo że jestem minimalistką. 

Odbiór, odbiór!

Jeśli ktokolwiek mnie czyta to ten no… przepraszam za pozostawienie tego miejsca tak samemu sobie. Moja wina, aczkolwiek więcej od czytania i rozmyślania ostatnio działam toteż zamiast naskrobać dla was kolejną recenzję, czy przeczytać milionową książkę – szwędałam się gdzieś po łąkach i lasach, robiłam octy i starałam się wykorzystywać wszelkie okazje na zrobienie czegokolwiek fajnego. Jakimś cudem blog spadł w rankingu priorytetów na ostatnie miejsce… cóż, bywa i tak. Nie pozostaje mi nic jak powiedzieć, że przepraszam i obiecuję się poprawić. Teraz zdecydowanie blog będzie znów dość ważną częścią mojego życia, a przynajmniej chciałabym by tak było.

A po przydługim wstępie czas na moje filozoficzno-psychologiczne rozważania. Myśl ostatniego czasu brzmi – „chcę więcej…”

Bardzo dziwna myśl dla kogoś (mnie), dla kogo ograniczanie się stało się jakimś rodzajem czerpania przyjemności z życia, bo im mniej mam tym lepiej się czuję. Również dziwne z tego powodu, że ograniczenie to dla mnie wolność i staram ograniczać się w czym mogę. Chcę nie tylko ograniczać posiadane rzeczy, ale szkodliwy wpływ na planetę, zużycie zasobów i co się da, by lekko „podreperowywać’ (?) świat. Tylko że nie o to chodzi, że chcę mieć więcej.

Chcę żyć „więcej”

Jeśli miałabym napisać swoją biografię, albo piosenkę, która miałaby mnie wyrażać to prawdopodobnie taki byłby jej tytuł. Jest w tym zdaniu coś, że głupio się czuje tłumacząc je, a jednak wiem że muszę.

Zatem czego chcę? 

Żyć tak by czerpać ze wszystkiego tą niesamowitą magię i żyć tak, by po prostu było to zawsze cudowne.

Nie chodzi mi o takie oklepane – żyć mocniej czy bardziej.

Nie, wiem że niemożliwe jest by ciągle trwać w stanach ekscytacji i robić nieosiągalne rzeczy. Znaczy da się dokonać nie możliwego, ale nie można dokonywać niemożliwego. 

Chciałabym zwyczajnie czerpać piękno z codzienności i odnaleźć się tak, by być jednością ze światem.

Bym miała poczucie, że cała ta badziewna część życia jest warta tego by ją przetrwać.

„Kiedyś” – Wiersz

Kiedyś było inaczej. Kiedyś wszystko było inne. Czasem gorsze, czasem lepsze. 

Kiedyś”  (wiersz)

Kiedyś inne dzwonki

budziły innych ludzi

W zupełnie inny sposób

Kiedyś

Telefony dostawało się

ważne

Z informacjami niepowtarzalnymi

Kiedyś

zdjęcia

przesyłano inną pocztą

Kiedyś

Ale to było kiedyś

Teraz nie ma już tego

Teraz jest inaczej

Oceniać? Lepiej

czy gorzej?

Ale porównanie

nawet najbardziej poetyckie

nie odda

istoty problemu

nie da się opisać kilku światów

w jednym zdaniu.

——————————————————————————————————————————————–

Mam wrażenie, że ten wiersz jest o czymś więcej niż tylko o tęsknocie za dawnymi czasami i sentymencie jaki pozostaje w nas po tym co „stare” i co było, a czego już nie ma.

„Kiedyś było inaczej
Zapamiętaj dobre chwile
Porażkami się nie przejmuj
Chociaż było ich tyle

Kiedyś było inaczej, czy się zmieni? – tego nie wiem
Jadę dalej swoją drogą, nie oglądam się za siebie
Bo to, co teraz robię, robię tylko dla Ciebie
Dla siebie, przyjaciół i dla reszty bliskich osób
Agresywka,napisanie dla mnie to jest właśnie sposób
Wciąż z uniesioną głową, to samo grono osób
Ale było inaczej, że jest lipa opowiadam
Boże pomóż przetrwać wszystko, na kolanach Ciebie błagam
Żeby wróciły te dni, kiedy uśmiech był na twarzy
Żebym spokojnie zasypiał i znowu zaczął marzyć
Bym nie odszedł z tego świata niezapamiętany

To jest właśnie ta ekipa, ta ekipa z zasadami
Kartka nadziei dla Ciebie, przecież wszyscy się zmieniamy
Życie jak matematyka, trudne to zadanie
Wybijanie pięścią szyby, to nie rozwiązanie
Nie opuszczaj pięści w walce, życie trudnym przeciwnikiem
1:0 dla Ciebie mecz kończy się wynikiem
Poziom życia w Polsce opadł poniżej minimum
600 złoty na początek w pracy to jest maximum
Dzięki mamo za wszystko i przepraszam za problemy
Kiedyś było inaczej, ale dalej żyjemy, ale dalej żyjemy
Ale dalej żyjemy. Kiedyś było inaczej, ale dalej żyjemy”

(Ach, nie dziwię się, że ta piosenka była tak popularna i wszyscy ją pamiętają. Jest w niej tyle uczucia takiego sentymentu, że to coś pięknego. )

Samobójcy, samobójstwo

Jeszcze wczoraj mówiłam o niedosycie pisania, a dziś czuję totalny brak weny twórczej i jakichkolwiek chęci do działania. Jest 19 i od paru godzin myślę, co mogłabym do was dziś napisać. Chciałabym, żeby było ciekawie, intrygująco, żebyście po przeczytaniu mojego tekstu myśleli o nim jeszcze przez długi czas, żebyście chcieli wrócić po więcej. Tylko, że jest jeden mały problem… Mało kto tu zagląda. Zastanawiam się, czy to dlatego, że przez długi czas nie chciałam, by ktoś czytał moje zapiski i teraz podświadomie blokuję sobie drogę do sławy, czy po prostu jestem beznadziejną blogerką…

Samobójstwo

Wyobraźcie sobie sytuacje – jest już późno, siedzicie w piżamie przed komputerem, przeglądacie Facebook i trafiacie na post „Samobójstwo- głupota, czy czasem odpowiednia decyzja, jak sądzicie?” wcale nie macie ochoty tego czytać. Chcecie tylko pooglądać zdjęcia i poczytać jakieś plotki z życia gwiazd, albo cokolwiek innego, co jest odmóżdżające i mało angażuje nasze emocje. Przewijacie więc dalej.

Ten post siedzi wam w głowie i nie daje spokoju. Wracacie wzrokiem do postu. Czytacie komentarze. Widzicie zażartą walkę. Jedni mówią „To ucieczka. Poddali się. Byli za słabi na życie.” a inni mówią „Żeby coś takiego zrobić musieli mieć wielką odwagę.”

Kto ma rację?

Myślicie nad tym i czujecie jakbyście mieli rozdwojenie jaźni, bo obie ze stron mają jakąś część racji, ale tak naprawdę nikt nie ma racji. Paranoja.  Przecież dobrze wiesz, że nie da się uogólnić takich spraw jak samobójstwo. Jest zbyt wiele powodów, dla których ludzie je popełniają. „Każdy ma swoje 13 powodów” – przypomina ci się cytat przeczytany jakiś czas temu i odnoszący się do popularnego serialu, który pokazuje, że samobójstwo czasem jest jedynym wyjściem

a jeśli nie jedynym to najprostszym.

Przypominasz sobie dziewczynę, która jakiś czas temu nagrała swoje samobójstwo do internetu… Pokazała jak wiesza się na drzewie, bo jej ojczym ją gwałcił i już nie mogła wytrzymać.

I zdajesz sobie sprawę, że mówienie źle o samobójcach nie sprawi, że odżyją. Że ci ludzie na prawdę musieli cierpieć, żeby zdecydować się na tak poważny krok. I nie było to chwilowe cierpienie. Tacy ludzie bardzo często przed podjęciem decyzji głośno wołają o pomoc, tylko że nikt nie chce tego zauważyć.

Decyzja o własnej śmierci raczej nie jest chwilowa i wywołana pod wpływem impulsu. Często są to tygodnie, miesiące, a czasem nawet lata planowania – myśli samobójczych. Oni nie nienawidzą świata. Płaczą, gdy wiedzą, że zaraz nadejdzie nieuniknione, ale czują że muszą to zrobić. Wiedzą, że zranią bliskie osoby… albo nie mają osób, które uważałyby za bliskie… I czują do siebie nienawiść. Nikt kto kocha siebie i swoje życie nie decyduje się na samobójstwo.

Mogłabym napisać tu jeszcze mnóstwo różnych rzeczy, ale nie wiem czy to potrzebne. Mam nadzieję, że wyczerpałam temat i zrozumieliście przesłanie.

Leczenie depresji smutnymi książkami

Leczenie depresji smutnymi książkami jest jak leczenie raka płuc kolejną paczką fajek, czyli dlaczego „inni mają gorzej” nie jest żadnym pocieszeniem.

Nie każdy cieszy się z tego, że inni mają gorzej. Gdy czuję się smutna, zdołowana itp. To nie chcę, żeby cały świat czuł się tak razem ze mną. Prawdę mówiąc byłabym w stanie wziąć cierpienie innych na siebie, gdyby tak się dało. Jak słyszę, że ktoś cierpi to jest mi dużo gorzej, bo chciałabym żyć w idealnym świecie, w którym wszyscy byliby szczęśliwi. Zatem, gdy ktoś mi mówi, że inni mają gorzej to zamiast się cieszyć łapię jeszcze mocniejszego doła.

A coraz częściej odnoszę wrażenie, że takie teksty stają się już bardziej popularne niż to słynne „będzie dobrze”. Tylko że będzie dobrze nie jest aż tak złe, bo jest zazwyczaj mówione w dobrej intencji. Czujemy, że ktoś z kim rozmawiamy stara się nam dać nadzieje na lepsze „potem” nawet jeśli aktualnie jest źle. A w tekstach w stylu „inni mają gorzej” jest odczuwalna pogarda dla naszego samopoczucia, dla naszych problemów. Jakby ktoś chciał nam powiedzieć, że nie mamy prawa czuć się źle, bo przecież czy czegoś nam brakuje?

Tylko, że oni nigdy nie wiedzą, jak się tak naprawdę czujemy w środku. Jaką mamy plątaninę myśli w głowie, jak wiele niepożądanych myśli, które mówią to, czego wcale nie chcemy słyszeć. Oni nie mają pojęcia, że nawet jak ktoś się uśmiecha to w środku może toczyć ciągłą walkę ze sobą.

Prawda jest taka, że komuś, kto się naprawdę źle czuje i u kogo złe myśli zaczynają wygrywać z tymi pozytywnymi nie pomoże żaden slogan. Żaden pozytywny cytat, żadne gadanie nawet jeśli byłoby skierowane osobiście. W takich momentach wszystkie mądre teksty, które próbujecie wbić do głowy zostają zapomniane i liczy się tylko smutek. Tylko te myśli, które mówią, że jest się nikim. Tylko to, co negatywne. I wchodzimy na nieskończoną pętlę smutku, która go pogłębia i pogłębia do czasu aż w końcu zacznie być „normalnie”.