Krótki przewodnik po minimaliźmie

Na czym polega minimalizm? 

Jasne, o minimaliźmie można powiedzieć dużo i większość przecież już powiedziano. Bez sensu się więc rozwlekać, bo kopiowanie tego wszystkiego jest kompletnie bez sensu i zmarnowałoby czas wam i mi również. Nie mam ochoty lać wody na ten temat.

Minimalizm = mniej.

Na czym polega minimalizm?

Takie równanie bez komplikacji na dzisiejszy post nam wystarczy. Jak chcecie więcej to można kliknąć tu.

To powiesz w końcu „Na czym polega minimalizm?”

A no coś tam powiem. Ale główna myśl jest taka, że jeśli repektujecie myśl z obrazka to minimalizm może polegać na czym tylko chcecie. Możecie zamieszkać na kilku metrach kwadratowych i ubierać się w worek na ziemniaki, albo możecie mieć garderobę składającą się z ubrań na każdy dzień roku (pod warunkiem, że faktycznie wszystkie nosicie!). Tak w kilku słowach: MINIMALIZM NA NICZYM NIE POLEGA. JEST TYM CZYM CHCECIE ŻEBY BYŁ.

Ale no jeżeli potrzebujecie wiedzieć coś więcej to dobra, zlituję się nad wami i napiszę wam tę parę rad, żeby chociaż troszkę poczuć się minimalistą, albo choćby fanatykiem minimalizmu.

Na czym polega minimalizm ubraniowy…

Na tym, że mamy ciuchy, które nosimy. Lubimy nosić i nie chcemy wymieniać szafy za każdym razem, gdy przychodzi pora wyprzedaży sezonowych.

Pamiętamy też o zasadzie, że za jedną kupioną rzecz musimy wyrzucić jakąś inną, więc jeśli kochamy wszystkie nasze ubranka i każde pasuje do każdego to będzie nam bardziej szkoda wyrzucić niż nie kupić.

A co z minimalizmem w mieszkaniach? 

Prosty przepis na mieszkanko.

  1. Wywal wszystkie papiery. Możesz zostawić jeden zeszyt do ogarniania życia. Te, których nie powinno się wywalać po prostu zeskanuj na komputer i zapisz na jakimś dysku.
  2. Im mniej mebli tym lepiej. Daj oddychać przestrzeni.
  3. Książki są już niemodne. Kup czytnik i nie daj im zbierać kurzu. Książki kochają ale tylko jak są czytane a nie czytasz 500 książek naraz i na okrągło.
  4. Naprawdę nie pamiętasz że byłaś na tych wakacjach? Serio musisz trzymać tą brzydką figurkę?!
  5. Nikt nie ogląda już DVD! Przecież mamy Netflix!
  6. O tu jest ta niewidziana od 10 lat figurka! Na bank się wkrótce przyda…

A i nie zapominajmy o minimaliźmie w komputerze…

Teraz zrób rachunek sumienia:

Pobrane. Kasujesz. Wszystko. Co. Nigdy. Ci. Się. Nie. Przyda.

Zdjęcia – wybierz kilka z jednego wydarzenia. Fotografia powinna być sztuką, a masówka to słaba sztuka.

Muzyka – Naprawdę sprawdź czy słuchasz tego co tam jest. Niektóre kawałki się nie starzeją, ale większość z nich po roku już jest za słaba by jej słuchać.

No i na deser przejrzyj swoje zakładki i portale społecznościowe.

Od razu mówię z zakładek możesz tak naprawdę usunąć wszystko. Jeśli nie było ci do tego czasu potrzebne to naprawdę myślicie, że jutro albo za tydzień będziecie musieli to mieć pod ręką?

I to w sumie takie najprostsze zasady.

Po za tym „Róbta co chceta”

Facebook zniszczył nasze życia

Facebook zniszczył nasze życia.

Facebooka poznałam i założyłam mając już dziesięć lat. Bardzo szybko, ale właściwie wtedy na nim nie było niczego co mogłoby być „niebezpieczne” i miał służyć mi głównie do pogrania w gry. Bardzo lubiłam podkradać komputer mamie i na jej Facebooku grać, więc w końcu pozwoliła mi na swojego. Nie mam do niej o to pretensji, bo przecież wiem, że prędzej czy później bym miała Facebooka. Nie chodzi o to, że jestem przeciwniczką tego portalu, nowinek technologicznych i ogólnie wszystkiego co związane z mediami społecznościowymi. Wręcz przeciwnie bardzo doceniam ile możliwości daje nam to, że żyjemy w takich a nie innych czasach. Uwielbiam to, że mogę dwoma kliknięciami pochwalić się najnowszą książką, czy pokazać gdzie spędzam wakacje.

Nie zmienia to jednak faktu, że Facebook zniszczył nasze życia. I to całkiem porządnie. Nie ma co się oszukiwać.

Na pierwszy plan wysuńmy to, co zawsze jest zarzucone Facebookowi. Za każdym razem i od każdego. Od starych pań w oknie „ach te dzieci kiedyś na podwórku ganiały, a teraz to tylko na tych Facebookach siedzą” po każdego, kto chciałby z kimś porozmawiać w cztery oczy „ech, lepsze czasy byłyby jakby nie istniał Facebook, nie da się z nikim pogadać”. Jest to też zarzucone Facebookowi przez psychologów i innych całkiem mądrych ludzi. Ale co to takiego?

Coraz słabsze dbanie o kontakty towarzyskie.

Facebook zaspokaja potrzebę „towarzyskości” i dlatego nie czujemy, że musimy się z kimś spotkać. Po co skoro możemy bez wysiłku opowiedzieć tę samą historię na Fejsie? A później nawet jak się spotkamy to o czym tu porozmawiać i co razem robić. Albo mówimy to, czego normalnie nie powiedzielibyśmy w twarz.

Kolejna wada Facebooka to presja społeczna. Aby go mieć, aby mieć lepsze zdjęcia, aby być lepszym od znajomych. Żeby nasze wakacje były bardziej kolorowe, a nasze samochody bardziej wypasione.

Generalnie, by na zdjęciach wszystko wyglądało lepiej niż u kogoś. Nawet jeśli wydaje nam się, że nie działa to na nas zupełnie to wewnętrznie zawsze odczuwa się lekką zazdrość i chciałoby się mieć takie życie jak ktoś inny.

Po za tym jest też ta sprawa, że Facebook strasznie pochłania czas i jest tak zrobiony, żeby łatwo było na niego wejść a ciężko wyjść. Dlatego często jak rano wejdziemy na Fejsa to później przeglądamy go pięćset razy dziennie. Nasza efektywność zdecydowanie spada, bo część naszego mózgu jest zaangażowana w to, co dzieje się w wirtualnym świecie.

Nie możemy żyć slow.

Bo siedzenie na Facebooku sprowadza się do tego, że zapominamy jaki smak ma poranna kawa, albo czy cokolwiek jedliśmy na śniadanko. Nie wiemy czy rano w autobusie nie toczyła się rozmowa, która sprawiłaby, że nasze życie na zawsze by się zmieniło.

Także niestety Facebook w pewnym sensie niszczy nasze życia. Tylko może jest to warte poświęcenia?

„Ogarnij się” – recenzja książki autorki „Magii Olewania”

Ogarnij się to książka napisana przez tą samą autorkę, która napisała bardzo głośną „Magię Olewania”. Nie czytałam jej pierwszej książki, bo nie przemówił do mnie ani tytuł, ani liczne pozytywne recenzje, ale „Ogarnij się” wiedziałam, że będzie dla mnie świetną książką. 

Ogarnij się jest świetne, ponieważ jest dla każdego. Każdego, kto choć trochę chce zapanować nad swoim życiem, a czuje że nie ma do końca wszystkiego pod kontrolą. To książka dla zwykłych ludzi, którzy zapominają o wizytach u lekarza, którzy przypalają makaron z serem i sprawdzają w internecie jak umyć piekarnik.

I na szczęście książka „Ogarnij się” nie próbuje sprawić, że będziemy idealni jak z instagrama czy kolorowej okładki.

Po prostu sprawia, że będziemy potrafili wybierać to, co ważne i to robić. Że nie będziemy ciepłą kluchą, która leży na kanapie i zastanawia się czy plama na bluzce od majonezu to najwięcej na co ją stać tego dnia. Powoli pokaże jak zebrać się do kupy i powolutku dokonywać rzeczy, które dla nas mogłyby wydawać się nie możliwe. Oszczędzić trochę grosza? Żaden problem! Wystarczy, że się ogarniesz! Pojechać na wymarzone wakacje? Nie ma problemu! Znaleźć pracę marzeń? Jak można chodzić do jakiejkolwiek innej?! To nie jest książka o osiąganiu niemożliwych i mówieniu jak to bardzo mądrze podążać za marzeniami.

To książka o zbieraniu się do kupy z mnóstwem wskazówek jak tego dokonać.

Czy osobiście się ogarnęłam dzięki tej książce?

Powiem wam, że na pewno się staram a to już coś. Teraz na przykład myślę, że podjęłam jedną z ważniejszych decyzji, bo jest już późno, jestem zmęczona i właściwie mogłabym już smacznie spać – ale większy priorytet zdecydowanie dziś ma blog. Być może się nie wyśpię, a żeby dopiąć wszystko tak jakbym chciała pójdę spać o jakiejś nietypowej godzinie, ale tego właśnie chcę. Znaczy nie zmęczenia tylko pisania. Blogowanie jest dla mnie ważne i jeśli nie znalazłabym dla nie czasu to troszkę tak jakbym w żaden sposób dziś nie zbliżyła się do żadnego z celów. To jest może dość dziwne pokazanie, że jednak coś z tej książki we mnie zostało. Że w jakiś sposób faktycznie się ogarnęłam!

W dodatku myślę, że na pewno postaram się niedługo przeczytać ponownie tą książkę, by wyłapać najważniejsze porady i zapisać je sobie w jakimś widocznym miejscu, ponieważ czuję, że jednak to wszystko jest bardzo istotne. Zatem nie pozostaje mi nic innego jak powiedzieć Ci: Ogarnij się!

Opowiadanie – wściekły pisarz cz.2

Opowiadanie – wściekły pisarz to opowiadanie o problemach, przemyśleniach i życiowych sprawach pisarza, który często się denerwuje, nie szczędzi niecenzuralnego słownictwa i nie potrafi powstrzymać się od alkoholu.

Aby cokolwiek zrozumieć musisz przeczytać najpierw część 1

– Co tu się dzieje do kurwy nędzy?! – krzyknął tak głośno, że mogliby usłyszeć go dwa miasta dalej, a co dopiero pokój obok. Po kilku minutach weszła do pokoju dość ładna, na oko dwudziestodwuletnia blondynka w białej sukience z niesamowitym uśmiechem na twarzy.

– Dzień dobry, panie Andrzeju. – Powiedziała tak spokojnym głosem jakim przedszkolanki mówią do swoich podopiecznych. Jej ton głosu sprawiał, że pisarz tracił wyczucie i nagle przestał być zdenerwowany i przestraszony. Czuł się bezpieczny mimo że wiedział, że to tylko złudzenie.

– Dzień dobry miłej pani. – Powiedział, całując ją po rękach. – Zechciałaby mi pani powiedzieć, co ja tu robię?

– Miał pan groźny wypadek. Wylądował w szpitalu na pół roku, jednak po tym czasie szukali panu miejsca. Jest pan tu bezpieczny, nie ma co się martwić.

– Dlaczego mnie pani adoptowała? Jestem dorosły.

– Prawnie to pana porwałam, ale nie ma co martwić się szczegółami.

Andrzej był okropnie przerażony. Porwać dorosłego mężczyznę? Jak miała dokonać tego tak drobna panienka? Musiała mieć jakieś towarzystwo, a to oznacza, że ktoś z kim się kłóciła to prawdopodobnie mężczyzna i nie będzie do mnie przyjaźnie nastawiony. Jak na zawołanie wszedł. Mężczyzna, lat ponad pięćdziesiąt, lekka broda i mięśnie jak u kulturysty. Stylówka na punka. Nie był to na pewno nikt z przyjaźnie nastawionych ludzi. Jego wzrok patrzył z lekką pogardą na otaczający go świat. Był „ponad tym”. Mówił lekko zachrypniętym głosem, niczym demon z gry.

– Dzień dobry. Jak się mamy?

Pytanie to ewidentnie nie było z troski, aczkolwiek coś sprawiało, że jeszcze mnie nie zabił.

– Daj spokój, Edward. Ma się dobrze. Będzie grzecznym pupilkiem i pomoże ci w interesie.

– Mogliśmy adoptować pieska, ale kobieta jak zwykle wymyśli jakiś niedorzeczny pomysł.

– Piesek wymaga za dużo zachodu, a on będzie nam jeszcze pomagał.

– Y.. Przepraszam, że się wtrącam, ale mogę wiedzieć o co chodzi? Co ja tu robię i na jakim prawie w ogóle tu jestem?!

– Później ci wszystko wytłumaczę. – Odezwała się pani domu.

Pan domu machnął rękoma i postanowił, że nie będzie się wtrącać. Chciała to ma. Niech się bawi. On musiał zająć się własnymi interesami. Nie chciał przeszkadzać swojej małżonce w jej „projektach”, które prowadziła maksymalnie pół roku. Akceptował wszystko, co nie narażało jego statusu wśród współpracowników. Nie byli to ludzie, którzy respektują prawo, ani którzy bawią się w jakieś legalne zarobki. Tylko, że uważali, że mają jakiś tam honor i nie są bandytami. Niestety nie była to do końca prawda, bo to, że ma się samemu czyste ręce nie oznacza że ktoś za nas nie wykonuje tej brudnej roboty.

– Teraz mi powiesz? – Powiedział wreszcie Andrzej.

–  Słuchaj, będziesz pod moją opieką. Tak naprawdę nie żyjesz, mój mąż cię wskrzesił, ale nie pytaj jak bo to wielka tajemnica. Jesteś moim pupilkiem. Robisz wszystko, co ci każę. Nic więcej i nic mniej. Jak coś nam się nie spodoba to albo ja cię wyrzucę na bruk, albo mój mąż wynajmie kogoś, kto się ciebie pozbędzie (i od razu mówię nie zrobi tego ani szybko, ani bezboleśnie. Póki co wszystko jasne?

– Mniej więcej.

Nie dla konsumpcji! Tylko dlaczego?

Krok w kierunku minimalizmu to krok przeciw konsumpcji.

Nie ma w tym zdaniu zupełnie nic nowego, dziwnego, czy zaskakującego. Minimaliści rzadko kupują i często mówią: Nie dla konsumpcji! Nie kupują byle czego. Gardzą wszechobecną komercjalizacją i konsumpcjonizmem. Nawet jeśli minimalista coś kupuje to często z drugiej ręki bądź tak, żeby mógł używać długo i nie musiał kupować więcej. Często też zwraca się uwagę na metki, bo nie wszystkie marki tworzą swoje stroje zgodnie z jakimikolwiek normami etycznymi. I to wszystko jest świetne.

Tylko co jeśli to niekoniecznie jest takie piękne?

Był dość ciepły, czerwcowy piątek. Ostatnia lekcja tego dnia i jedna z ostatnich w roku szkolnym. Nikt już za bardzo nie uważał, wszyscy beztrosko rozmawiali, patrzeli przez okno układając plany na wakacje, bądź robili cokolwiek byleby się nie uczyć. Pani od techniki puściła film. Uczniowie uwielbiają filmy tylko dlatego, że nie trzeba ich oglądać i się na nich skupiać. Jednak w tym filmie było coś, co nas poruszyło. Nie sądziłam, że ten film utknie we mnie na tak długo. Myśl, która idzie razem z nim trwa jeszcze dłużej. Chciałabym się od tego uwolnić, ale nie potrafię.

Film był o ubraniach, a właściwie o produkcji ubrań w znanych sieciówkach. Warunki pracy – okropne, pensje – głodowe, prace – ciężkie. I wykład pani. Bardzo w tonie minimalistycznym. By nie kupować tam, lub kupować jak najmniej. Tylko że w mojej głowie wybrzmiewały dość specyficzne myśli w stylu „a co jeśli…”. Gdyby uwolnienie od niewolniczej pracy milionów ludzi w krajach trzeciego świata było takie proste, to przecież już dawno razem zrobilibyśmy masowy bunt. My byśmy nie kupowali, a oni nie pracowali dopóki warunki nie będą odpowiednie.

Ale niestety mam podejrzenie co do tego jak naprawdę by to wyglądało… A mianowicie tak:

Nikt nie kupował by ubrań jednej z marek, które wykorzystują niewolniczą pracę ludzi. Marka miałaby to zupełnie gdzieś dopóki obroty nie spadłyby na tyle, że zaczęło by mieć to jakieś znaczenie. Potem firma by starała się zatuszować sprawę, zwolniła pracowników i zostawiła bez pieniędzy. Firma by znalazła wyjście by działać tak, żeby się nie wydało. Ci, którzy dostawali kiedyś głodowe pensje umarliby z głodu przez brak pracy i właściwie niewiele by się zmieniło po za poczuciem, że ktoś niby próbował coś zrobić…

I jak tu niby cokolwiek zmienić?

 

Plan rozwoju bloga na najbliższe kilka lat

Czytam „Bloger i social media” Jasona Hunta i stwierdziłam, że mój blog potrzebuje filozofii i że potrzebuję plan rozwoju bloga na najbliższe kilka lat, bo mam wrażenie, że stoję w miejscu. Piszę w różnych miejscach od tylu lat, że już nawet nie pamiętam ilu. Jasne, były to często bardzo dziwne teksty i nie miały sensu, ale jest mi wciąż przykro, że nikt nie czyta tego, co piszę. Statystyki wahają mi się od jednej do pięciu osób, które czytają jakiś wpis. Nie oszukując się – zaczynam mieć wrażenie, że albo ja nie mam talentu, albo coś jest nie tak z tym, co robię, aby się promować. Wnioski wyciągnięte, więc teraz czas coś z tym zrobić.

Co zamierzam?

Przede wszystkim – PISAĆ JAK NAJCZĘŚCIEJ. To zasada od której nie będzie ucieczki. Zaczynam od teraz i dopóki nie będę mieć tylu czytelników ilu bym chciała to nie ma dnia bez pisania. Chyba że będą naprawdę wyjątkowe sytuacje, ale nie zamierzam nawet nimi się usprawiedliwiać. Żadnych braków weny, czy chęci do pisania – po prostu będę pisać ile będzie się dało.

Kolejna sprawa to social media 

Social media to podstawa u każdego, kto chce coś działać w internecie. Troszkę olewałam je od zawsze. Wydawało mi się, że ludzie sami powinni wiedzieć, czy i kiedy chcą mnie czytać i będą zaglądać po nowe wpisy – myliłam się. Nie ma opcji nie bycia w kilku miejscach w internecie. Zatem na pewno fanpage i instagram będą aktywne. Czy coś jeszcze to nie wiem, wyjdzie w praniu. Prawdopodobnie oba portale będę aktualizować po kilka razy dziennie, żeby być „widoczna” w internecie.

Po za tym mam zamiar się stosować do strategii, które opisują wielcy blogerzy, by zdobyć popularność. Jeśli się uda to za rok będą pisać do mnie, bym reklamowała różne produkty i dzięki temu zarobię tyle, by wydać książkę. I będziecie mogli ją kupić. A następnymi krokami po kampaniach reklamowych i książkach będą zaproszenia do gazet na wywiady i do telewizji.

I jeśli pójdzie tak świetnie jak przewiduję to po dwóch latach stanę się najsławniejszą polską blogerką i dzięki moim czytelnikom będę mogła jeździć po całym świecie i robić to, co kocham – czyli pisać.

Brzmi to wszystko jak marzenie, ale wierzę, że jeśli ciężko na to zapracuje to będzie tak jak tu opisałam.

Tak właśnie wygląda plan rozwoju bloga na najbliższe kilka lat. 

Mój wakacyjny TBR – dam radę?

 

Mój wakacyjny TBR to głównie e-booki na legimi, które mam pobrane (dawno, albo całkiem nie dawno) i bardzo chciałabym je jak najszybciej przeczytać. Kolejność zupełnie przypadkowa, przypisanie do miesięcy też nie zbyt przemyślane, ale mam nadzieję, że uda mi się do września przeczytać każdą pozycję z tej listy. 

Mój wakacyjny TBR obejmuje:

W lipcu:

O NATURZE:

    • Kiszonki i fermentacje – Przepisy, które TRZEBA przetestować. Jako, że staram się być jak najbliżej natury to i zimą potrzebować będę różnych niekoniecznie dostępnych od ręki produktów – zatem trzeba przygotować zapasy.
    • Piękno pól i łąk – Z czego zrobić lekarstwo na gardło? Z czego krem? A jak zrobić ziołowe kąpiele? Postaram się poszukać w tej książce odpowiedzi na te pytania.
    • Sztuczki survivalowe – W razie zgubienia się w lesie, albo apokalipsy zombie wolę mieć w głowie parę sztuczek, aby być bardziej zaradna w ciężkich okolicznościach.
    • Zioła w leczeniu chorób cywilizacyjnych – Jest strasznie dużo chorób i lekarstw, ale co z tego jak większość z nich to ściema. Ziołami leczyli od tylu lat, czemu nam miałby nie wystarczyć?

INNE:

  • Życie jest fajne – Książka Katarzyny Miller, która powie o tym jak żyć, by było fajnie. Cokolwiek „fajnie” dla autorki oznacza.
  • LAGOM – Lagom (wymawiaj „laa-gom”) „nie za dużo, nie za mało, w sam raz”
  • DNA Stresu -Autor książek „Mentalizm” i „Manipulacja neuroperswazyjna”, tym razem sięga do najgłębszych warstw ludzkiej psychiki i mózgu, odkrywając przed czytelnikiem metody redukcji stresu w krytycznych sytuacjach prywatnych i zawodowych.
  • WISH – Jak spełnić marzenia? I co wtedy będzie się działo? Jakie są najpopularniejsze pragnienia?

W sierpniu:

    • Rozwojownik – Zależy Ci na tym, by Twoje życie przepełniały uważność, radość i szczęście?
      Szukasz inspiracji do własnego rozwoju?
      Pragniesz wprowadzić zmiany w swoim życiu i trzymać się ich konsekwentnie?
      Brakuje ci motywacji i pomysłu, jak to zrobić?
      Chcesz maksymalnie wykorzystywać każdy dzień?
      Ta książka jest właśnie dla Ciebie!
    • Ogarnij się – Jest książką dla tych wszystkich, którzy dążą do uporządkowania umysłowego rozgardiaszu – czyli takich spraw, jak praca zawodowa, finanse, kreatywność, związki i zdrowie. Pozwoli wyrwać się z kolein rutyny, aby wieść życie, jakiego pragniemy. Dzięki tej książce dowiesz się, jak obierać cele, jak je realizować wbrew drobnym trudnościom, a także poważnym przeszkodom, a potem – jak sobie wyobrażać i osiągać cele jeszcze większe, które być może dotąd nie wydawały ci się nawet możliwe. Pomoże ci przestać wchodzić sobie samemu w drogę – i to raz na zawsze. A na dodatek uwolnić się od rzeczy, które we własnym mniemaniu powinieneś robić, aby móc załatwić to, co naprawdę musi być zrobione i zająć się tym, co robić chcesz.
    • Sztuka planowania -Jak uprościć, zorganizować i wzbogacić swoje życie
      Planowanie to jeden z najskuteczniejszych sposobów na to, by uprościć i wzbogacić swoje życie. Najważniejszym elementem planowania jest układanie list!
      Sztuka planowania to praktyczny poradnik podpowiadający, jak najlepiej zorganizować codzienne życie (sprzątanie, przygotowywanie posiłków, zapraszanie gości na kolację, płacenie rachunków, kupowanie prezentów, pakowanie walizek na wyjazd itp.), tak aby znaleźć czas dla siebie.
      Autorka zachęca do prowadzenia własnego „notatnika z listami”, który pozwoli sprecyzować swoje upodobania i osiągnąć klarowność umysłu. Na podstawie licznych przykładów przedstawia praktyczne rady i wskazówki pozwalające opanować sztukę dobrego, wolnego od stresu życia.
      Dominique Loreau, autorka bestsellerowej Sztuki prostoty, mieszkająca od wielu lat w Japonii, przejęła styl życia nowej ojczyzny. Wyznacza go zasada: „Mniej znaczy więcej”, odnosząca się do wszystkich sfer życia – od materialnej po duchową.
    • Pokochaj swój dom
    • Zero waste – książka o tym jak żyć z mniejszą ilością śmieci

Opowiadanie – wściekły pisarz (część 1)

Opowiadanie – „Wściekły pisarz”

– Cholera! Znów to samo! Wstajesz, idziesz jeść i nagle budzisz się i już nie pamiętasz co się działo od śniadania do wstania z łóżka! OGARNIJ SIĘ, chcesz napisać w końcu tę sztukę, o której rozmawiasz od pół roku?! – Mówił Andrzej sam do siebie, przeglądając się w lustrze. Po czym jak zwykle zalał kawę i nalał sobie litrową szklankę whiskey, której zapas uzupełniał co dwa miesiące, aby w domu zawsze mieć pod ręką alkohol. Twierdził, że „sprzyja wenie twórczej”. Kawa była konieczna tak jak wyjście na balkon i zapalenie przed pracą dwóch papierosów. Czasem gdy bardziej się denerwował palił trzy, ale to tylko gdy musiał wyjść z domu.

Dziś był dzień pracy, więc mógł pójść od razu pracować, zamiast bawić się w mycie, ubieranie, nie picie i wszystko, co zazwyczaj trzeba zrobić, by nie wzbudzać podejrzeń wychodząc z domu. Dzień pracy wygląda zawsze tak samo: Po kawie i fajkach Andrzej leci do komputera i ma godzinę na obudzenie się, poprzeglądanie bzdur w internecie i wszystko co się robi, żeby nie pracować. Gdy siądzie do pisania nie może myśleć o tym, czy ktoś go nie oznaczył w nocy na memie z zabawnym kotem, albo czy ktoś wczoraj nie umarł na A7. Po dwóch godzinach jest czas na pracę. Wygląda dość nudno. Zaczyna się od sprawdzenia wcześniejszych tekstów i zdecydowaniu nad którym aktualnie trzeba najszybciej popracować.

Zazwyczaj najpilniejsze są teksty do krótkich ulotek, reklam i artykułów do pisemek, których nikt nie czyta. Potem czas na felietony, ostatnio pod pseudonimem Anonimowy Felietonista pisze w kilku różnych gazetach i nazywają go człowiekiem renesansu, gdyż zna się na wszystkim co akurat mu zaproponują od mody po politykę i ekonomię.

Gdy Andrzej dopnie bieżące sprawy przychodzi pora na śniadanie. Nigdy prawdopodobnie nie widzieliście tyle pizzy mrożonej ile ma on w lodówce. Te zakupy również stara się robić jak najrzadziej. Kupuje je tak, że jedzie na wycieczkę i wchodzi do każdego sklepu na swojej drodze i bierze wszystkie pizze, które są na stanie. Taka pizza jest bardzo wygodna, bo nie musi gotować, tylko włączyć piekarnik i go wyłączyć.

Dopiero po obiedzie jest czas na prace nad powieścią.

Ponieważ od rana towarzyszy Andrzejowi whiskey to wena twórcza jest u niego na wysokim poziomie, ale świadomość tego co pisze prawie zerowa. Pisarz tak bardzo boi się tej powieści, że postanowił, że dopiero gdy w strumieniach nieświadomości napisze 300 stron to sprawdzi co jest napisane. Czyli można powiedzieć, że nie zna on ani jednego słowa swojej książki.

„Gdy twoje oblicze łagodzi moje oblicze

to podatek od miłości ci wyliczę”

Dźwięki dobiegały z zewnątrz… Wyjrzał przez okno.

– Zamknij ryj! – krzyknął wkurzony Andrzej do chłopaka, który ewidentnie starał się odegrać romantyczną scenkę widzianą w jakimś filmie, bo stał pod balkonem dziewczyny z bukietem róż, gitarą i starał się śpiewać.

Chłopak wyglądał bardzo groźnie, gdy Andrzej przerwał mu piosenkę. Widać że się bardzo starał. Śpiewak zaczął wyjmować coś z róż i rzucił w balkon pisarza.

Całe mieszkanie ogarnął mrok, a po paru minutach rozległ się huk. Fala ognia ogarnęła lodówkę. Andrzeja zamroczyło, upadł na podłogę.

Andrzej obudził się na brudnym dywanie. Nie zdziwiło go, że nie pamiętał poprzedniego dnia, ale ten dywan. On na pewno nie był jego. Nigdy nie kupił by dywanu. Nienawidził ich nawet po pijaku. Trochę się przestraszył. Otworzył szeroko oczy. Pokój był w półmroku, ale nikogo nie było. Z oddali słyszał szepty. Nie był w stanie skupić się na tym co mówią, ale słyszał pojedyncze słowa i to niepokoiło go jeszcze bardziej.

„Gwałt”

„Śmierć”

„Bomba”

„Policja”

„Porwanie”

 

Chcę więcej – mimo że jestem minimalistką

Minimaliści też chcą więcej. Ja chcę więcej – mimo że jestem minimalistką. 

Odbiór, odbiór!

Jeśli ktokolwiek mnie czyta to ten no… przepraszam za pozostawienie tego miejsca tak samemu sobie. Moja wina, aczkolwiek więcej od czytania i rozmyślania ostatnio działam toteż zamiast naskrobać dla was kolejną recenzję, czy przeczytać milionową książkę – szwędałam się gdzieś po łąkach i lasach, robiłam octy i starałam się wykorzystywać wszelkie okazje na zrobienie czegokolwiek fajnego. Jakimś cudem blog spadł w rankingu priorytetów na ostatnie miejsce… cóż, bywa i tak. Nie pozostaje mi nic jak powiedzieć, że przepraszam i obiecuję się poprawić. Teraz zdecydowanie blog będzie znów dość ważną częścią mojego życia, a przynajmniej chciałabym by tak było.

A po przydługim wstępie czas na moje filozoficzno-psychologiczne rozważania. Myśl ostatniego czasu brzmi – „chcę więcej…”

Bardzo dziwna myśl dla kogoś (mnie), dla kogo ograniczanie się stało się jakimś rodzajem czerpania przyjemności z życia, bo im mniej mam tym lepiej się czuję. Również dziwne z tego powodu, że ograniczenie to dla mnie wolność i staram ograniczać się w czym mogę. Chcę nie tylko ograniczać posiadane rzeczy, ale szkodliwy wpływ na planetę, zużycie zasobów i co się da, by lekko „podreperowywać’ (?) świat. Tylko że nie o to chodzi, że chcę mieć więcej.

Chcę żyć „więcej”

Jeśli miałabym napisać swoją biografię, albo piosenkę, która miałaby mnie wyrażać to prawdopodobnie taki byłby jej tytuł. Jest w tym zdaniu coś, że głupio się czuje tłumacząc je, a jednak wiem że muszę.

Zatem czego chcę? 

Żyć tak by czerpać ze wszystkiego tą niesamowitą magię i żyć tak, by po prostu było to zawsze cudowne.

Nie chodzi mi o takie oklepane – żyć mocniej czy bardziej.

Nie, wiem że niemożliwe jest by ciągle trwać w stanach ekscytacji i robić nieosiągalne rzeczy. Znaczy da się dokonać nie możliwego, ale nie można dokonywać niemożliwego. 

Chciałabym zwyczajnie czerpać piękno z codzienności i odnaleźć się tak, by być jednością ze światem.

Bym miała poczucie, że cała ta badziewna część życia jest warta tego by ją przetrwać.

Dlaczego twoje dziecko nie lubi chodzić do szkoły?

Jako uczennica 1 klasy liceum (jeszcze przez 3 tygodnie) mam dość długi „staż” w edukacji szkolnej i jestem w stanie właśnie w tym momencie wytłumaczyć wszystkim rodzicom dlaczego dla ich dzieci szkoła to zazwyczaj piekło, a nawet jeśli nie piekło to najzwyczajniej w świecie nuda.

Po pierwsze jedyne co w szkole się rozwija to papier toaletowy… o ile jest! 

To tak dla luźniejszego wstępu, ale tak naprawdę ciężko jest się w szkole czegokolwiek nauczyć. Większość czasu pochłaniają sprawdziany i lekcje, które trzeba zrealizować w kilka minut i i tak nie wiadomo do końca o co chodzi. Generalnie tak – nawet jeśli jakiś temat zacznie kogoś interesować to i tak jest zrealizowany tak pobieżnie, że dosłownie nie da się nic nauczyć nie ucząc się w domu, nie czytając miliona książek. Za to najnudniejszych rzeczy trzeba się uczyć milion razy. Dlaczego osiemdziesiąty raz mam czytać treny Kochanowskiego skoro znam je już na pamięć? Może wolałabym np. poczytać wybitnych wschodnich poetów i zobaczyć jak różni się ich poezja od naszej? Dlaczego znów mam czytać Szekspira, skoro jest tyle wybitnych autorów, których nie znam? I do każdego przedmiotu można by tak wyliczać. Ja skupiłam się na polskim bo to jest moja jakiegoś rodzaju „pasja”. Aczkolwiek wiele jest takich przedmiotów. Dopiero po skończeniu chemii dowiedziałam się, że przydałoby mi się więcej wiedzieć, bo zainteresowałam się naturalnymi kosmetykami i środkami czystości, a także ziołolecznictwem i dobrze by było wiedzieć co można ze sobą łączyć, a co nie, żeby nie zrobić jakiś wybuchów, albo trucizn. Ale nie wiem i sama muszę się nauczyć.

Kolejna sprawa to nauczyciele

Nie oszukujmy się… Nauczyciele są mega różni. Jak są tacy, których w jakimś sensie lubimy to i do szkoły się jakoś przyjemniej chodzi i nawet łatwiej się nauczyć czegoś… Ale niestety nie wszyscy nauczyciele są tak zaangażowani w swoją pracę i zadowoleni z niej, żeby zarażać pasją młodych ludzi. Większość nauczycieli jest podobnie zafascynowana swoją pracą jak uczniowie ich słuchający. Generalnie często działa to tak, że odbębnia się godziny, żeby coś się działo i móc zrobić sprawdzian. Czasami aż się można zastanawiać, czy ci ludzie chcieli uczyć, czy może nic innego im nie wyszło! Ale to nie tak, że wszyscy nauczyciele są źli. Jest część dobrych nauczycieli, ale jest sporo nauczycieli, którzy najzwyczajniej w świecie są nudni, albo niemili.

Szkoła nie tylko nie uczy rzeczy przydatnych, ale w ich miejsce wstawia nieprzydatne

Nie oszukując się… Ile rzeczy będzie pamiętać się ze szkoły? Od pewnego poziomu szkoła staje się jakimś absurdem. Oczywiście nie od początku, bo wiadomo, że czytać, pisać i liczyć przydaje się umieć, a nawet żeby poradzić sobie w jakimś stopniu jest to obowiązek, ale żyjemy w 21 wieku, więc nic więcej nie musimy wiedzieć, bo jak czytamy i piszemy to możemy wiedzieć prawie wszystko wklepując nurtujące nas pytania do Wikipedii. Co więcej… Szkoła uczy wkuwania na pamięć – co nie ma oczywiście sensu bo ile z tych rzeczy będziemy pamiętać za 20 lat? I po co? Tak naprawdę znalazłam dwa powody, żeby się tego uczyć – by wygrać w milionerach lub rozwiązywać trudne krzyżówki. Nie będę przecież nigdy w życiu jak już zdam maturę liczyć funkcji kwadratowej. Nie będę nigdy zastanawiać się nad działaniem fal radiowych – są i tyle. Czy czegokolwiek w tym stylu.

 Oceniajcie nas, by nas zniszczyć

Ech, niestety, ale te numerki które wpisują nam do dziennika niszczą nam wszystko. Sprawiają, że czujemy się głupsi i mamy niskie poczucie wartości. Nawet jeżeli to nie prawda. Ktoś może całe życie dostawać szóstki, ale jak raz dostanie jedynkę to zaczyna się burzyć obraz tego, że jest mądrą osobą. Każdy ten numerek ma na nas jakiś wpływ. Oczywiście im starsi jesteśmy tym mniej nas to obchodzi, ale gdy zaczyna się oceniać dzieci w 4 klasie to przecież ciężko zrozumieć, że to że ma się nie najlepsze oceny nie wynika z tego, że jest się głupim. Ciężko zrozumieć, że nie można być dobrym ze wszystkiego i ma się lepsze i słabsze strony. Zdecydowanie nie są to łatwe sprawy. Szczególnie gdy rodzice również zmuszają niejako do walczenia o jak najlepsze cyferki w dzienniku, które później i tak zaczną niewiele znaczyć… Ale są  i bardzo zniechęcają do robienia czegokolwiek „innego” czy kreatywnego. Uczą dobrze wkuwać i zapamiętywać schematy, a także tego że bardziej opłacalne niż myślenie jest oszustwo. Ściąganie jest prostsze, jak ktoś zrobi za nas pracę jest super itp.

Tak na koniec…

Myślę, że to nie jedyne powody dla których szkoła bywa okropnym miejscem, ale to chyba takie najważniejsze. Właściwie dałabym radę napisać jeszcze dwa razy tyle, ale może zostawię to na inny wpis 😉